Kasia wróciła!

Blisko półtoraroczny urlop macierzyński robi swoje. Z jednej strony kilkanaście miesięcy to niby nie jest aż tak wiele, ale jeśli wracasz do ambitnej i prężnie rozwijającej się agencji, w tym wypadku do You’re Welcome, to zaczynasz mieć wrażenie, że upłynęła dekada. Co czuje copywriter wracająca po takim czasie do pracy? Początek super, śmiechy, hihy, miłe powitanie, zapoznanie, bo pojawiło się parę nowych twarzy itd., ale dziś nie o tym…

Dziś o pierwszych wrażeniach. Klimat w dalszym ciągu super, a to dla mnie ważna kwestia, bo w pracy spędzam 1/3 życia, więc musi być OK. Zresztą kiedy pierwsza wiadomość w służbowej skrzynce mailowej zaczyna się od: „Jak cudnie znowu pisać na tego maila” to wiesz, że wróciłaś do swoich. Muszę jednak przyznać, że sporo się pozmieniało. Począwszy od tak prozaicznych spraw, jak nowa kuchnia, nieskończone pokłady mleka sojowego i migdałowego czy nowiutkie krzesło dla powracającej copy marnotrawnej, a skończywszy na kwestiach grubszego kalibru, takich jak pojawienie się sali konferencyjnej czy studio zdjęciowego. Oj, porobiło się!

Tyle o zmianach widocznych na pierwszy rzut oka, a teraz już konkrety. Zebrania, zebrania i jeszcze raz zebrania. Omówienie sprawy każdego Klienta wymaga spotkania zespołu ludzi, którzy się nim opiekują. Ogromny postęp w tej kwestii i pełna jasność, kto za co odpowiada, kto koordynuje. Wdrożono bieżące analizowanie wszystkich etapów pracy oraz niczym niezaburzony przepływ informacji. Nie mam wątpliwości – stworzenie takiego systemu komunikacji to ogromne ułatwienie, zwiększona wydajność i jeszcze większa oszczędność czasu. Mniej pytań, mniej przepalonego czasu, więcej działania.

Nie wszystko jednak jest takie kolorowe. Dobrze jest poczuć, że wraca się do zespołu profesjonalistów, którzy maksymalnie rozwinęli już skrzydła, ale co w sytuacji, gdy rozwijali je nieprzerwanie, kiedy ja w tym samym czasie modliłam się o instrukcję obsługi niemowlaka? Wszystko ma swoje konsekwencje…

Taka sytuacja. Wchodzę na zebranie, sami swoi, przecież się znamy i lubimy, aż tu się zaczyna… Mówią, dyskutują, niektórzy nawet żywiołowo przy tym gestykulują i nagle padają słowa, których nie rozumiem! Koko adsy, instararam, soszki, hotst… Szok! Aż tak wypadłam z obiegu?! W tak dynamicznie rozwijającej się branży kilkanaście miesięcy nieobecności to jak wieki, ale aż tak?! Więc siedzę na tym spotkaniu, z przerażeniem notuję tajemnicze sformułowania, w międzyczasie nerwowo próbuję sprawdzić ich znaczenie w telefonie. Nic nie ma, internet milczy! I kiedy już jestem pewna, że ze swoją wiedzą utknęłam w prehistorii, okazuj się, że nie. Po prostu umknęło mi, jak bardzo kreatywni są ludzie w naszej agencji. Te wszystkie tajemnicze hasła to tylko wewnętrzny agencyjny slogan. Uff, nie jest ze mną tak źle. Dam radę nadrobić.

Podoba mi się. Znowu mam poczucie, że praca w tym miejscu nie pozwoli mi na stagnację. Jestem skazana na rozwój i naukę, nawet jeśli chodzi o wewnętrzny slang.

Na tym nie koniec nowości i niespodzianek. Kiedy pandemia położyła multum interesów, a ja w tym czasie błogo pławiłam się w macierzyństwie, You’re Welcome musiała wdrożyć nowe strategie działania – w końcu pandemia zmieniła bardzo wiele także w naszej branży. Mało który biznes (pomijając oczywiście branże farmakologiczne) w dzisiejszych czasach może pochwalić się osiągnięciem takiego progresu. Kiedy zaczęła się pierwsza fala pandemii, przyszłość wcale nie rysowała się kolorowo, ale You’re Welcome dała radę! Klientów przybyło tylu, że obecnie agencja weszła już w etap ich selekcjonowania. Na ten moment kilkadziesiąt firm czeka lub jest w trakcie wdrażania strategii marketingowej, realizowania kampanii reklamowej, budowania stron czy projektowania logo. Jak to zrobili? Nie mam pojęcia. Cud? Znając mój zespół – raczej determinacja, niekonwencjonalne myślenie, zachowanie zimnej głowy w sytuacjach kryzysowych i ludzie. Ludzie, którym zależy, którym się chce, ludzie, którzy lubią swoją robotę i siebie nawzajem! Moi ludzie — dobrze znowu być wśród Was!